Emocje

wpis drugi: NA TROPIKALNEJ PLAŻY

Dlaczego nigdy nie chodzę bez włosów?

          Wiele osób, które spotykam, bardzo dziwi się, że non stop funkcjonuje w systemach włosów, a dodatkowo, że nawet najbliższe mi osoby nigdy mnie bez nich nie widziały. Kiedy straciłam włosy, miałam 15 lat, a okres dojrzewania to jak wiadomo czas, kiedy dziewczynom zaczyna zależeć na wyglądzie zewnętrznym. Jak nie trudno się domyślić przeżywałam dramat. Pierwsze lata upłynęły mi pod znakiem szukania lekarstwa, nie chciałam wtedy skorzystać z opcji „włosów dodatkowych”, bo czułam jakby była to kapitulacja i absolutny walkower wobec choroby. Chodziłam więc w turbanach i fajnie wywiązanych chustach. Było to wygodne, bo już na początku każdej relacji wiadomo było, że coś jest „na rzeczy”. Po terapii sterydowej odrosły mi włosy i na studia pojechałam już jako Agata z włosami. Niestety na pierwszym roku włosy ponownie zaczęły wypadać. Załamałam się i kupiłam pierwszą perukę.

Od tamtego czasu nosiłam już tylko projektowane na miarę systemy włosów, w których funkcjonuję 24 godziny na dobę. Nikt z bliskich od czasu kiedy byłam nastolatką, nie widział mnie bez włosów, bo i po co? Kochają mnie taką, jaką jestem i nikt nie ma potrzeby sprawdzania, czy czasem nie kłamię😊. Uznałam swoją łysą głowę za absolutne sacrum, bo włosy to nieodłączna część mnie. Głowa bez nich to dla mnie sfera bardzo intymna i tylko moja. Oczywiście, że pokazuje ją lekarzom lub innym chorym, ale im kto jest mi dalszy, tym łatwiej przychodzi taki stopień obnażenia się. Nie czuję się ograniczona faktem funkcjonowania w moich włosach, bo tak poukładałam sobie życie, aby ta kwestia nie była problemem. Myślę, że może kiedyś zrobię sobie jakiś bajerancki tatuaż na głowie, a potem pojadę na surfing w super piękne i ciepłe miejsce i tam właśnie będę chodziła tylko sauté. Nie jestem jeszcze na to gotowa. Dużym krokiem był dla mnie publiczny comming out na temat łysienia. Chodzenie z łysą głową zostawiam sobie na deser. Bardzo natomiast szanuję inne osoby, które chodzą bez peruk. Ja zwyczajnie nie czuje się bez nich komfortowo.

Często słyszę, że samoakceptacja jest kluczem do szczęścia. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Cholernie trudno jest zaakceptować bycie łysą kobietą. Muszę Wam przyznać, że nigdy nie używam takich słów w stosunku do siebie, nawet w myślach. Czasem natomiast trzeba nazywać rzeczy po imieniu. W mojej sytuacji nie jest nawet najgorsze to, że włosów nie mam, ale to, że raczej nigdy ich mieć nie będę. Świadomość, że choćbym nie wiem jak się starała, a uwierzcie próbowałam, to i tak nie odrosną, przez lata mnie dobijała. Wiecie, jakie to jest uczucie, kiedy budzicie się rano z koszmaru i uświadamiacie sobie, że to był tylko sen, a tym momencie czujecie ogromną ulgę i spokój? Otóż ja przez pierwsze 10 lat po utracie włosów budziłam się co rano, a ulga nie przychodziła. Z czasem nauczyłam się żyć jako bezwłosa ja. Po pierwsze dzięki fajnym perukom i systemom włosów. Po drugie było we mnie chyba za dużo ambicji, żeby się poddać.

Alternatywą było codzienne stawianie czoła mojej sytuacji. Jestem perfekcjonistką, swoim najsurowszym krytykiem, który poprzeczkę wymagań w każdym aspekcie stawia bardzo wysoko i dla którego coś takiego jak taryfa ulgowa nie istnieje. Zawsze głęboko wierzyłam, że wygląd zewnętrzny ma bardzo duże znaczenie. Zostałam dyplomowaną stylistką, żywo interesuję się modą. Studium makijażu ukończyłam po to, aby maskować mój ubytek brwi i rzęs, który w zasadzie jest trudniejszy do zatuszowania od braku samych włosów. Dbam o siebie, zawsze mam ładnie ułożone włosy (choć nie wyrastają z mojej skóry głowy), starannie się maluję, uważam na stan moich paznokci, a codzienne stylizowanie się jest moim hobby. Zastanawiam się czasem, w jakim stopniu robię to wszystko, bo lubię i jestem zadbaną kobietą, a w jakim dlatego, że chcę nadrobić swoją niekompletność.

Od kiedy straciłam włosy minęło już 17 lat, swobody mówienia o łysieniu nabrałam stosunkowo niedawno, bo niespełna 2 lata temu. Przyszło mi to z wiekiem. Nigdy nie mówię, że akceptuję swój stan, ja umiem z nim żyć i pomimo braku włosów czuć się atrakcyjną. Oczywiście, że wymaga to odpowiednio większego nakładu pracy, ale trening czyni mistrza. Nie biczuję się już co rano, jasne, że zazdroszczę innym dziewczynom beztroski pięknych własnych włosów. Wkurza mnie jak idiotycznie narzekają na rozdwojone końcówki i nierówny kolor. Raczej śmiać mi się z nich chce. Czasem myślę, że nie dałyby rady przejść przez stratę podobnego kalibru. W gorsze dni jestem zła na Pana Boga, ale potem przypominam sobie, że ta moje złe emocje do niczego dobrego nie prowadzą i nie warto się skupiać na tym, co złe. Szczególnie w ostatnich latach nabrałam sporo wiatru w żagle, popatrzyłam na siebie z mniejszą surowością. Zrozumiałam, że mogę wyglądać super fajnie mimo faktu, że moje włosy nie wyrastają z mojej głowy. Są rzecz jasna pewne ograniczenia, ale z drugiej strony kto ich nie ma. Umiem teraz mówić o braku włosów w sposób otwarty, co bynajmniej nie oznacza, że to akceptuję. Nie uważam, że coś takiego da się zaakceptować. Można natomiast spojrzeć na siebie w wyrozumiały sposób. Dać sobie szansę na szczęście, skupić się na innych rzeczach niż włosy, a do tego nadal dbać o siebie i wyglądać dobrze.

Zdaję sobie sprawę, że mój przypadek jest dosyć ekstremalny, ale w dzisiejszych czasach każdy z nas chyba chce być lepszą wersją siebie. Wyidealizowany obraz człowieka, który uśmiecha się z okładek zawstydza nas. Proszę Was więc o odrobinkę dystansu do siebie, bo często jest z nami lepiej niż myślimy, a kompleksy są ogromną blokadą na drodze do spełniania marzeń.

Pamiętajcie: jeśli kiedyś będąc na wakacjach spotkacie bezwłosą surferkę z odjechanym tatuażem na głowie – podejdźcie się przywitać!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *